NAJBLIŻSZY MECZ ZAGŁĘBIA   [X]
Wyjazd:
Data: , godz.
R   E   K   L   A   M   A
  
MENU
 
KLUB
 
I ZESPÓŁ
 
ARCHIWUM MECZÓW
 
KONTAKT
 
 


Ulatowski o ŁKSie...
Fot. Jakub Maracewicz(22.09) Można stwierdzić, że był skazany na bycie „ełkaesiakiem”. Albowiem przyszedł na świat, a następnie mieszkał w dzielnicy Łodzi zdominowanej przez sympatyków ŁKS, a gdy miał niespełna dwa latka to na rękach nosił go jeden z najwybitniejszych szkoleniowców w historii tego klubu, u którego miał później przyjemność terminować. Rafał Ulatowski nie był jednak skazany na bycie profesjonalnym, to jest grającym na wysokim poziomie graczem, choć miał niewątpliwie ku temu umiejętności. Stosunkowo wcześnie zdecydował się jednak na realizację swoich piłkarskich marzeń i nie ma czego żałować. A do ŁKS, w którym już miał okazję pracować jako trener grup młodzieżowych, zapewne jeszcze kiedyś wróci…

Wiosną, przed meczem z ŁKS-em w Lubinie powiedziałeś mi, że w trakcie spotkania nie czujesz jakiegoś większego sentymentu do tej drużyny. Tak jest nadal?

- Nie, może wówczas użyłem złego słowa, bowiem sentyment nadal jest i oczywiście będzie. Jednak w zawodowej i profesjonalnej piłce nie można kierować się tylko i wyłącznie sentymentami. Teraz jestem w Zagłębiu, wcześniej pracowałem w Lechu Poznań i oba te kluby są mi bliskie, podobnie zresztą jak ŁKS jest mi bliskim klubem. Choćby z racji, że tam się wychowywałem. Poza tym zawsze się pamięta swój pierwszy klub, któremu się kibicowało. W ŁKS-ie nadal mam bardzo wielu znajomych, wśród nich trenerów, ludzi którzy są blisko klubu i często ze sobą rozmawiamy na różne tematy. Przyznam również, że jeżeli sprawdzam telegazetę, to na pewno jednym z pierwszych zespołów, którego uzyskany wynik mnie interesuje jest właśnie ŁKS.

Co zadecydowało o tym, że zostałeś kibicem ŁKS-u?

- Na tym klubie się wychowywałem, tam też zaczynałem grać w piłkę. Swoją pierwszą miłość zawsze się pamięta. Tak jest w życiu, ale i podobnie ma się rzecz z piłką nożną. Zawodnicy pamiętają pierwszy klub, w którym poznawało się tajniki piłkarskiego abecadła. Poza tym nie bez znaczenia jest fakt, że mieszkam bardzo blisko siedziby ŁKS-u, na stadion mam dosłownie pięć minut. W dodatku mój serdeczny przyjaciel jest wiceprezesem w tym klubie i z tego względu zawsze mam informacje z pierwszej ręki na temat tego, co się w nim dzieje.

Czyli byłeś skazany na ŁKS, a miłość wynikała z tego, że na stadion tej drużyny miałeś bliżej?

- Tak do końca, to nie wiem, dlaczego tak się stało (śmiech). Dlaczego ŁKS a nie Widzew? Mogę powiedzieć, że mieszkałem w dzielnicy ŁKS, ponieważ Retkinia jest opanowana przez sympatyków tej drużyny. Widzew zajmuje inne rejony miasta Łodzi. Być może właśnie dlatego, że wszyscy na podwórku i w klasie kibicowali ŁKS-owi i ja tak samo zacząłem. Nie mogę jednoznacznie stwierdzić, dlaczego. Poszedłem za głosem tego klubu i nie żałuję.

Pierwszy mecz na jaki przyszedłeś? To było bodaj w 1979 roku, a łodzianie grali z Ruchem Chorzów?

- Tak, ale obiecałem sobie, że dokładnie sprawdzę w różnych kronikach, czy faktycznie tak było, ponieważ dokładnie nie pamiętam z kim wówczas graliśmy. Miałem wtedy sześć lat, a na mecz zabrał mnie mój tato. Pamiętam, że w barwach drużyny przeciwnej grał Eugeniusz Faber, który strzelił wówczas trzy bramki, jedną dołożył jego kolega z zespołu i skończyło się 0:4. To był chyba Ruch Chorzów. Przypominam sobie świetlną tablicę, gdzie po stronie gości paliła cyfra się cztery. Jednak, mimo niekorzystnego wyniku, bardzo mi się podobała atmosfera panująca na obiekcie i od tamtej pory, kiedy tylko mogłem, chodziłem na mecze. Pamiętam że na spotkaniu Zagłębiem Sosnowiec siedziałem wśród najbardziej zagorzałych kibiców, czyli w tzw. „Galerze”.

Jakie mecze ŁKS wspominasz z największym sentymentem?

- Nie przypominam sobie szczególnych spotkań z moim udziałem w roli kibica, raczej więcej zapamiętałem, gdy pracowałem jako początkujący trener. Wtedy mogłem patrzeć z bliska, jak zespół przygotowywał się do meczów. Czy jakiś szczególny zapadł mi w pamięć? Raczej nie…Chociaż! Jednak mam taki mecz (śmiech). Zacznę od tego, że miałem tę przyjemność, iż mogłem współpracować z trenerem Leszkiem Jezierskim. Jak pan Antoni Ptak podziękował mu za pracę, to jego następcą został Marek Dziuba. I wówczas miał miejsce wyjazd do Górnika Zabrze. (w ramach 8. kolejki sezonu 1996/97 – przyp. red.). Pojechaliśmy na Śląsk, a tam przez dwa dni padał bardzo rzęsisty deszcz. Były wątpliwości, czy spotkanie się w ogóle odbędzie. A sytuacja w tabeli była taka, że my byliśmy na ostatnim miejscu, a Górnik na przedostatnim. I, jak to barwnie określił trener Ryszard Polak „Jechaliśmy na mecz o wejście do trumny”. Kto przegrywał, to właśnie do niej wpadał. Pamiętam szczególnie dobrze, że przed meczem pan Ptak sprowadził takiego zawodnika z Nigerii – Sylvestra Okosuna. To był napastnik który najpierw strzelił bramkę, a ponadto zaliczył jeszcze asystę, a całe spotkanie wygraliśmy w stosunku 4:1. Po końcowym gwizdku będący w euforii Pan Ptak wszedł do szatni i zabrał Sylvestra do swojego białego lexusa. To był taki gest w stosunku do bohatera potyczki, który nie wracał do Łodzi wraz z zawodnikami autokarem, tylko z samym prezesem. Okazało się jednak, że jedynie mecz z Górnikiem wyszedł temu zawodnikowi, po tej jeździe z prezesem przestał grać. (śmiech) Jednak bardzo się cieszę, że Nigeryjczyk pomógł nam wygrać mecz w Zabrzu. To był przełom, bowiem zimą przyszedł do zespołu Mirek Trzeciak, a już rok później świętowaliśmy zdobycie Mistrzostwa Polski.

A jakim człowiekiem jest trener Jezierski, w środowisku zwany Napoleonem?

- Dla mnie jest to jeden z pierwszych nauczycieli trenerskiego fachu. Darzę tego szkoleniowca olbrzymim sentymentem. To człowiek z olbrzymim poczuciem humoru. Kiedy z nim przebywałem, absolutnie nie odczuwałem różnicy wieku, jaka nas dzieli. Pan Jezierski to taki trochę rubaszny człowiek, ze specyficznym, właściwym tylko sobie żartem. Jako trener trzeźwo patrzył na piłkę, zawsze wiedział czego chce od danego piłkarza i potrafił to od niego wyegzekwować. Miał swoją określoną filozofię futbolu i wytrwale do niej dążył, zmieniając, jeśli coś nie szło po jego myśli, wykonawców. Myślę, że jest zadowolony z sukcesów, które odnosił w piłce, bowiem dużo dobrego nie tylko dla ŁKS, ale i dla polskiej piłki jako trener zrobił. Poza tym mama mi opowiadała, że kiedy miałem rok czy dwa, Pan Jezierski trzymał mnie na rękach, a to dlatego, że mój tato też grał u tego szkoleniowca. Tak więc można powiedzieć, że trener Jezierski był takim przyszywanym wujkiem, może dziadkiem. I także dlatego myślę o nim bardzo życzliwie. Mam również świadomość, że jeśli do niego zadzwonię, mogę liczyć na jego dobre słowo.

Czytałem wywiad z trenerem Jezierskim. Z jego wypowiedzi można wywnioskować, że trochę żałuje, iż został odstawiony na boczny tor w polskiej piłce. Czy nie uważasz, że w czasie kiedy na topie jest trener Orest Lenczyk, Leszek Jezierski miałby jeszcze szansę popracować w ligowej piłce?

- Nie zapominajmy o tym, że obu panów dzieli dekada. Trener Jezierski jest człowiekiem po siedemdziesiątce i myślę że nie chciałby już zakładać trenerskiego dresu. Widziałbym go w raczej w roli kogoś podpowiadającemu pierwszemu trenerowi, coś na wzór Sir Bobby Robsona w reprezentacji Irlandii. Na pewno sposób, w jaki się z nim rozstano, choćby w ŁKS-ie, pozostawia wiele do życzenia. Zapomniano, że ten trener to typowy ŁKS-iak z krwi i kości. Dziękowano mu za współpracę trzy razy, on jednak zawsze wracał. To też jest wyznacznikiem sentymentu, jakim darzył ten klub. Czasy się jednak zmieniają i dziś działacze nie patrzą na taką zażyłość, między trenerem a drużyną. Bardzo szybko wszystko się zmienia i to stawia trenerów w niekomfortowej sytuacji. Pogoń za sukcesem przysłania właścicielom szacunek do zaangażowanych pracowników.

Grałeś w piłkę, ale bez większych sukcesów. Dlaczego?

- Tak, grałem. Pamiętam jak miałem jedenaście lat, zostałem zawodnikiem klubu, trafiając pod skrzydła trenera Romana Grzywocza, tego samego, który w 1958 roku zdobył z ŁKS pierwszy w historii klubu tytuł mistrzowski. Przechodziłem przez wszystkie szczeble: trampkarzy, młodzików, seniorów. Byłem nawet na obozie z pierwszym zespołem, właśnie za trenera Jezierskiego, mogę się nawet pochwalić bramką strzeloną w meczu sparingowym z Pelikanem Łowicz. Miałem przyjemność występować wtedy u boku obecnego drugiego trenera ŁKS-u Julka Kruszankina. Wcześnie, w wieku dwudziestu trzech lat, wyjechałem na studia do Gdańska. Czasami tego żałuję, ale czasami nie. Nie wiem, czy poradziłbym sobie jako dobry, zawodowy piłkarz. Mówię dobrym, bo bycie przeciętnym ligowym kopaczem mnie interesowało. Mógłbym nie osiągnąć tego, co do tej pory udało mi się zdobyć w charakterze trenera.

Zapowiadałeś się jednak nieźle, a takim namaszczeniem na piłkarza była sytuacja, gdy dostałeś słynne buty Adidasa od swojego idola, Jacka Ziobera…

- Tak, ale czym innym jest piłka juniorska, a zupełnie inne prawa obowiązują w piłce seniorskiej. W dorosłej piłce potrzebny jest charakter, bowiem same umiejętności nie wystarczą. Nierzadko zdarza się tak, że zawodnicy, którzy mają charakter osiągają więcej, niż ci, co mają dobrą technikę użytkową, ale brakuje im tego zacięcia. Ja nienajlepsze warunki fizyczne nadrabiałem właśnie techniką. Z drugiej jednak strony brakowało mi zadziorności i waleczności. W końcu zdałem sobie sprawę, że jako piłkarz nie zrobię kariery i dlatego zdecydowałem się na przygodę trenerską. Wszystko poszło po mojej myśl. Ukończyłem w Gdańsku studia w tym kierunku. Chyba nie mam więc czego żałować, ponieważ realizuję się i sprawdzam w tym, co aktualnie robię.

A wspomniany Ziober to pierwszy boiskowy idol?

- Tak i miałem tę przyjemność, że czasem ćwiczyłem z nim w jednej parze na treningu. To był pierwszy piłkarz grający w ŁKS, który zrobił karierę, wyjechał na Zachód. Był wyjątkowy. Szybki, grający niezwykle widowiskowo. Kibice przychodzili na mecz dla niego. Dziś już takie sytuacje się nie zdarzają, gdyż fani stawiają się na stadionie, by obejrzeć dobry mecz, a nie podziwiać wyłącznie jednego zawodnika. A Jacek swoją osobą przykuwał uwagę. Na stadion przychodziło się patrzeć na jego umiejętności. Wszystkim się podobał, bowiem wszystkiego czego się dotknął zamieniał na bramkę lub asystę.

Twoja przygoda z trenerką, jak wspomniałeś, zaczęła się u Ciebie dość płynnie.

- Tak i podobnie jak w przypadku gry w piłkę, rozpoczęła się od ŁKS-u. Skończyłem studia w Gdańsku i wróciłem do Łodzi. Miałem wówczas dwadzieścia trzy lata i trener-koordynator grup młodzieżowych zaproponował mi objęcie juniorów ŁKS. Trenera młodzieży poznaje się po tym, ilu zawodników wprowadza do pierwszego składu, z tego się ich rozlicza. Jednym z moich wychowanków był Witek Sabela, który jest aktualnie drugim bramkarzem w ŁKS-ie. Pamiętam taką przygodę z Witkiem. Był luty, wyjeżdżaliśmy na zgrupowanie, na 9.00 była przewidziana zbiórka. A Witka nie ma… To był mój pierwszy, trenerski dylemat – czy jechać na zgrupowanie bez niego, czy jednak poczekać. W tych czasach nie było jeszcze telefonów komórkowych, więc nie można było zadzwonić i zapytać co się z nim dzieje. Na szczęście po dwudziestu minutach Witek dotarł, przeprosił za spóźnienie i pojechał z nami. Jechaliśmy do Zamościa, więc dystans jaki musiałby samodzielnie pokonać w wieku piętnastu czy szesnastu lat, nie wchodził w grę. Witek był najlepszym bramkarzem w tej grupie, więc nie można było go zostawić. Całe szczęście, że dotarł, bo nie wiem jakby to było dalej.

Sabela był najlepszym piłkarzem, z jakim miałeś okazję pracować w tej grupie młodzieżowej? Czy może byli jacyś bardziej utalentowani?

- Wydaje mi się, że Witek był skazany na dorosłą piłkę. Miał bardzo dobre warunki fizyczne, był wysoki i do tego miał zapał, który pozwolił mu przetrwać ciężkie chwile. Bo trzeba przyznać, że ta kariera toczyła się w gorszy sposób, niż by tego chciał, obfitowała w trudne sytuacje i decyzje. Przypomnę, że w meczu trzeciej ligi, gdy reprezentował barwy Górnika Łęczyca, zderzył się z zawodnikiem z pola. Wyglądało to fatalnie, pojawiło się nawet zagrożenie życia, ale na szczęście wyszedł z tego i dziś już nie ma co wracać do tej sytuacji. W moim odczuciu było w tej drużynie kilku utalentowanych chłopców. Jak wcześniej wspominałem zabrakło im tej woli walki. Najczęściej jest tak, że w młodym wieku zostaje się piłkarzem, bo akurat mój kolega trenuje. Każdy myśli: pójdę zobaczyć na trening, spróbować swoich sił. Jeśli jednak brakuje ambicji, to nic z tego nie będzie, nawet gdy w grę wchodzą duże umiejętności prezentowane przez gracza. Żeby zostać zawodowym piłkarzem, trzeba wszystko temu celowi podporządkować, a to oznacza dużo wyrzeczeń.

W pewnym momencie opuściłeś ŁKS. Dlaczego?

- Ponieważ zdecydowałem się na pracę w Piotrkowie Trybunalskim. Kluby miały wspólnego właściciela, a ŁKS może nie tyle opuściłem, bardziej określiłbym to w ten sposób, że dano mi szansę pracy z seniorami. Wspólnie z trenerem Bogusławem Pietrzakiem awansowaliśmy do drugiej ligi, a następnie graliśmy przez sezon na „drugim froncie”. Myślę, że to było dla mnie swoiste wyzwanie – z piłki juniorskiej przeszedłem do pracy z seniorami. Zdawałem sobie sprawę, że pracując ze starszymi, mogę więcej osiągnąć. Mimo, że odszedłem z ŁKS-u, ciągle i w każdej chwili mogę tam przyjść, porozmawiać, podać każdemu rękę. Nie muszę się niczego wstydzić. Myślę też, że wcześniej czy później będę pracował w łódzkiej drużynie.

W ŁKS-ie pan Ptak miał tendencję do zmieniania trenerów, kiedy tylko chciał: raz szkoleniowcem był Ryszard Polak, a już za chwilę na jego miejsce wskakiwał Marek Dziuba. Z którym Tobie się lepiej pracowało?

- Faktycznie tak było. Mnie zdecydowanie lepiej pracowało się z Markiem Dziubą. Mieszkaliśmy bardzo blisko siebie, więc często spotykaliśmy się, żeby pogadać o piłce. Z trenerem Dziubą rozumiałem się lepiej. A jeśli chodzi o obu szkoleniowców, to nie da się ukryć, że mieli ciężkie warunki pracy. I w tym miejscu nasuwa mi się taka anegdota. Było bowiem tak postanowione, że pierwszy trener robił rozgrzewkę z zespołem, natomiast drugi prowadził zajęcia z bramkarzami. Dziuba i Polak wszystkie decyzje podejmowali wspólnie, różnica polegała tylko na tym, że w jednym tygodniu Marek był pierwszym trenerem, a w drugim to Rysiek i to decydowało, kto szedł do zespołu, a kto do bramkarzy. Można się dziś pośmiać z tej sytuacji, ale z ich perspektywy na pewno było im przykro, że ktoś tak nimi pomiata. Przyznam, że jednak mimo tego mieli bardzo dobre relacje ze sobą, nie było żadnych animozji między nimi. Ponadto oni też byli prawdziwymi ŁKS-iakami i ich wolą była praca w łódzkim klubie.

Pamiętasz jakieś mecze ŁKS-u z Zagłębiem?

- Pamiętam, że po jednym meczu w Lubinie byłem bardzo przybity… Przegraliśmy 2:1 i honorową bramkę strzelił chyba Daniel Dubicki (Z naszych informacji wynika, że był to jednak Tomasz Kłos – przyp. red.) Siedzieliśmy w szatni jeszcze przed pierwszym gwizdkiem kiedy przyszedł do nas pan Edward Ptak, brat właściciela klubu, który obiecał złote góry za zwycięstwo. Okazało się, że nie byliśmy w stanie wygrać. Po meczu długo siedziałem w szatni i ciężko mi było dojść do siebie. Wszystkie emocje się skumulowały, a na twarzy pojawił się grymas bezsilności… Wtedy źle zaczęliśmy sezon, wobec czego trener Jezierski został zwolniony po kilku spotkaniach, a zespół przejął Marek Dziuba.

A takie dwa mecze: sezon 1993-1994, wygrana ŁKS w Lubinie aż 6:2, co było przez parę lat największą porażką Zagłębia w lidze, a także pojedynek z sezonu 1997-1998, kiedy trenerem był Andrzej Szarmach. Przegraliśmy wtedy 2:4, a ŁKS rozpoczął marsz w kierunku mistrzostwa…

- Faktycznie, był taki duży wynik w starciu pomiędzy zespołami ŁKS i Zagłębia. A tego drugiego meczu, niestety, ale sobie nie przypominam.

W 1998 roku ŁKS zdobył Mistrzostwo Polski. Szybko jednak doszło do rozpadu tej drużyny? Dlaczego?

Uważam, że winien tej sytuacji jest Antoni Ptak. Rozprzedał zespół, a po tym nie dokonał odpowiednich wzmocnień. Zaczął masowo sprowadzać zawodników z Ameryki Południowej, co nie przyniosło niczego dobrego. Ponadto zabrakło w ŁKS-ie mobilizacji do obrony tytułu. Wiadomo, że jeśli odchodzi trzon zespołu, to trzeba dokonać poważnych wzmocnień.

Po kilku latach przerwy ŁKS awansował w końcu do pierwszej ligi. O sile zespołu stanowili znowu dawni zawodnicy: Łukasz Madej, Rafał Niżnik. Jednak po kilku miesiącach znów zaczęło się coś psuć w tym klubie. Doszukuje się w tym pewnej analogii, a jakie jest twoje spojrzenie?

- Jestem zdania, że ŁKS-u nie było stać na zatrzymanie najbardziej wartościowych piłkarzy. Mieli za sobą bardzo dobrą rundę jesienną, w której byli drużyną groźną dla najlepszych, ale później trzeba było jakoś funkcjonować i pieniądze ze sprzedaży zawodników pozwoliły przeżyć klubowi. ŁKS z Madejem, Leszczyńskim, Niżnikiem, Kolendowiczem był silną drużyną. Nie można było znaleźć sponsorów i dlatego sprzedali najlepszych zawodników.

Jednak, czy nie wydaje się, że sytuacja ŁKS-u staje się analogiczna do tej sprzed kilku lat i wszystkie znaki wskazują, że klub niedługo spadnie z ligi?

- Na pewno tego bym nie chciał. Takich meczy jak derby Łodzi nie ma za wielu w naszej lidze. Jako ŁKS-iak z całego serca życzę klubowi utrzymania i myślę, że obecna kadra predestynuje ich do tego, by ten cel zrealizować. Ostatnio drużyna została dodatkowo wzmocniona. Przyszło, przykładowo, dwóch Brazylijczyków, którzy dobrze grają w piłkę. Życzę im by wygrywali, choć, naturalnie, nie w meczu z nami.

Czy wspominani przez Ciebie zawodnicy: Paulinho i Anderson są naprawdę dobrzy?

- Trudno mi oceniać. Będę ich jeszcze oglądał w akcji, ale z relacji osób, które widziały Brazylijczyków na żywo, widać że faktycznie prezentują się nieźle. Dodatkowo gra ŁKS-u nabrała kolorytu dzięki graczom z Ameryki Południowej.

A co sądzisz o ustawieniu w środku pola Łukasza Madeja? Wygląda to na dobre posunięcie trenera Wojciecha Boreckiego…

- Myślę, że to jest optymalna pozycja dla Łukasza. Cofnięty napastnik lub ofensywny pomocnik to pozycje, na których przecież występował od wieku juniora. Łukasz bardzo dobrze gra do przodu, z kolei trochę słabszy jest w destrukcji. System gry ŁKS-u bardzo mu odpowiada, bowiem może się w pełni pokazać. Musi jednak popracować na grą w defensywie, jeśli myśli o wyjeździe na Zachód. Mnie podobało się w tym zawodniku to, że mówi zawsze co myśli. Czasami miał przez to problemy, ja jednak takich ludzi cenię. On zawsze mówił prosto w oczy, nigdy na około.

Najmocniejszym punktem łodzian jest chyba Bogusław Wyparło.

- Na pewno Bodzio jest jednym z tych bramkarzy, którzy są wiodącymi postaciami w lidze. Już sam fakt, że przez tyle lat broni w tej lidze świadczy o nim pozytywnie. Łodzianie mają jeszcze kilku innych doświadczonych i dobrych zawodników. Jest Madej, jest szybki Sikora, Cerić, Tomek Kłos, który rozegrał ponad sześćdziesiąt spotkań w reprezentacji Polski. To nie będzie dla nas łatwy mecz. Czeka na twarda walka z łodzianami.

Którego z tych zawodników rywali widziałbyś w Lubinie?

- Listę transferową mamy już zamkniętą. Wszyscy ci, którzy mogli do nas trafić, już trafili. Nie myślimy o transferach. Dopiero w nowym roku będziemy myśleć o wzmocnieniach.

Przed pierwszym gwizdkiem zabije mocniej serduszko?

- Zabije. Z Julkiem Kruszankinem, który pełni w drużynie ŁKS funkcję drugiego trenera, jestem w bardzo dobrych relacjach. Wcześniej podobnie było z Markiem Chojnackim. Gdy oni byli podporami klubu, ja delikatnie pukałem do kadry pierwszego zespołu. Życzę łodzianom jak najlepiej.

A siedzi jeszcze w Tobie dusza kibica ŁKS?

- Nie jestem już kibicem. Teraz pracuję w charakterze trenera i na każde spotkanie, obojętnie czy gra ŁKS, czy jest to pojedynek Ligi Mistrzów, patrzę wyłącznie analitycznym okiem. Nawet wtedy, gdy jestem na meczu w Łodzi, pojawia się myślenie o taktyce, stałych fragmentach gry itp.

A szalik ŁKSu wisi jeszcze w szafie?

- Przyznam, że nawet nie wiem, choć może faktycznie jest w tej starej szafie, która została w Łodzi.


KIM JEST RAFAŁ ULATOWSKI:

Od wielu lat asystent, najbliższy współpracownik, serdeczny przyjaciel, wreszcie prawa ręka trenera Mistrza Polski. – Z Czesiem znamy się wiele lat. Doskonale się uzupełniamy. Mówiąc obrazowo, jesteśmy jak książka, w której Czesiu jest okładką, a ja jej wnętrzem – w taki, ciekawy sposób podsumował kiedyś swoją pracę z trenerem Michniewiczem Rafał Ulatowski. Trzeba zatem pamiętać, że ma on ogromny wkład we wszystkie sukcesy, jakie osiągał Michniewicz. Ulatowski jest równie pracowity i skrupulatny w wypełnianiu swoich obowiązków. Dla niego także praca do podstawa, futbol to ogromna pasja, której poświęca swoje życie. Po przegranym meczu, których w Zagłębiu, na szczęście, jest niewiele przez nie mniej niż dwa dni chodzi jak struty. To bardzo otwarty, obdarzony sporym poczuciem humoru i bystrością umysłu facet, wszakże woli pozostawać nieco w cieniu. - Myślę, że gdybym ja był równie medialny jak Czesiek, to nie byłoby to dobre dla naszego duetu, także dla zespołu. Jest więc tak, jak jest i tego się trzymajmy. Ja jestem bowiem od czarnej roboty. Najwięcej frajdy mam na murawie, gdy uczestniczę w treningach, czy dyskusjach z chłopakami – mówi „Ula”.

Mimo że, obecnie pracuje na chwałę Zagłębia, to śmiało można go nazwać „ełkaesiakiem” z krwi i kości. W klubie mającym siedzibę przy ulicy Alei Unii spędził blisko szesnaście lat. Po jesiennym zwycięstwie Zagłębia nad Widzewem w Łodzi (2:0) to właśnie Rafał Ulatowski był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemskim globie. - Nic tak nie smakuje, jak zwycięstwo na stadionie Widzewa – cieszył się jak dziecko. Na stadion ukochanego zespołu trafił w 1979 roku i od razu zobaczył, jak Eugeniusz Faber z Ruchu Chorzów rozprawia się z defensywą zespołu, któremu kibicował. Nie zraziło go to jednak, a kilka lat później rozpoczął treningi w ŁKS-ie. Jego idolem był wówczas Jacek Ziober, od którego potem dostał…korki piłkarskie. Na studiach zaniechał jednak treningi, bardziej pociągała go myśl szkoleniowa. Przez pięć lat pracował w Islandii, gdzie szkolił z sukcesami różne drużyny, poznał swoją żonę, a także nauczył się pozytywnego podejścia do życia. - W rozmowie z Tobą Islandczyk nie będzie się żalił, tylko postara się znaleźć jakiś pozytyw. „O, fajną masz kurtkę” - stwierdzi na przykład, podczas gdy w Polsce rozmowa dwóch znajomych rozpoczyna się najczęściej od zdania: „Te cholerne podatki mnie wykończą”. To jest właśnie ta różnica między nimi, a Polakami. Islandczycy nie mają czasu na zmartwienia, na wracanie do codziennych problemów, tylko brną przez życie z uśmiechem na ustach. Poza tym tam czas płynie jakby wolniej, nieco leniwie nawet, co oczywiście ma swoje plusy. – tak opisywał swój pobyt na wyspie. Do Polski wrócił za namową Czesława Michniewicza. Z Poznaniem wiążą go nie tylko sukcesy i piękne wspomnienia, lecz także ciekawe historie. Po meczu w Płocku, przegranym przez „Kolejorza”, Rafał dowiedział się o narodzinach córki. Śmiał się wówczas, że powinien jej dać na imię, wzorem „Rejsu”, porażka. Ellen Birna, tak się nazywa pociecha Ulatowskiego, to ogromny skarb i powód do dumy swojego ojca. A jaka jest jego filozofia szkoleniowa? - Osobiście podziwiam kilku szkoleniowców. Francuza Arsene Wengera za to, że preferuje odważną, dynamiczną i nastawioną na strzelenie jak największej ilości bramek piłkę. Prowadzony przez niego Arsenal mógłbym oglądać na okrągło. Cenię sobie również Jose Mourinho z Chelsea za to, że potrafi on zapanować nad całą konstelacją gwiazd, które posiada w drużynie. Z kolei Rafę Beniteza, opiekuna Liverpoolu, darzę wielką estymą za sukcesy i perfekcyjność w pracy. Wszyscy trzej są dla mnie wzorami godnymi naśladowania, z każdego chciałbym wyciągnąć to, co najlepsze – wyjaśnia.

Informacja Prasowa Zagłębie Lubin SSA
Fot. Jakub Maracewicz

Kategoria: Wywiady
Czytano 2356 razy | Wersja do wydruku

R E K L A M A
Ostatnie wydarzenia:

R E K L A M A

Pamiętasz ten mecz?

R E K L A M A

Wasze komentarze:
 
Dodaj swój komentarz:
Pseudonim:

Email:

Treść komentarza:



Zamieszczając swój komentarz wyrażasz zgodę na jego ewentualne nieodpłatne opublikowanie (w całości lub fragmentach) w innych mediach, a w szczególności internecie, telewizji, radiu i prasie.
 
R   E   K   L   A   M   A